czytelnia
28.5.06
  Zygmunt Bauman, "Płynna nowoczesność"

W siedemnastym wieku rozwój gospodarczy świata był jeszcze bardzo wyrównany, Europa niewiele różniła się pod względem zamożności od Chin, Indii czy nawet królestw afrykańskich. Potem jednak na Starym Kontynencie coś się gwałtownie zmieniło, Europejczycy wrzucili turbodoładowanie i wyrwali do przodu. Powodem gwałtownej ekspansji, najpierw gospodarczej, a potem w ślad za nią politycznej i terytorialnej było odkrycie nowoczesności. Najprościej mianem nowoczesności można określić taki sposób sterowania sprawami społecznymi, w którym dominuje wiara w postęp i racjonalność zachowań ludzi i działań przyrody. Fundamentem nowoczesności był „ciężki kapitalizm”, w którym szczytowym wcieleniem wspomnianej racjonalności jest fordowska fabryka.
Nowoczesność w rewolucyjny sposób zburzyła stary, tradycyjny ład społeczny oparty na naturalnych niejako hierarchiach, w których pozycja była wynikiem urodzenia, a nie osobistych zasług. Po okresie rewolucyjnym „nowoczesność” sama jednak skamieniała, w chwili gdy na przekór przepowiedniom Karola Marksa i Fryderyka Engelsa kapitał i klasa robotnicza odkryły swoją wzajemną nieodzowność i zawarły „małżeństwo z rozsądku”. Symbolicznym przypieczętowaniem tego związku była decyzja Henry’ego Forda, by podwoić swoim robotnikom pensje i taką zachętą przywiązać ich trwale do miejsc pracy.
W latach osiemdziesiątych XX w. coś się jednak zaczęło gwałtownie zmieniać. „Ciężki kapitalizm” zaczął ustępować „lekkiemu”, w którym stabilny ład społeczny oparty na produkcji przemysłowej ustąpić musiał bardziej płynnej organizacji życia. Wyczerpała się wiara w postęp, a „pasażerowie samolotu „Lekki Kapitalizm” odkrywają natomiast ku swemu przerażeniu , że kabina pilota jest pusta, a z tajemniczej skrzynki opatrzonej napisem „automatyczny pilot” nie da się wydobyć żadnej informacji na temat kierunku lotu, miejsca lądowania oraz nazwisk i adresów kierowników odpowiedzialnych za wybór lotniska”. Tej plastycznej metafory użył Zygmunt Bauman w książce „Płynna nowoczesność”, by dosadniej zilustrować głębię współczesnego kryzysu.
Bauman swym bardzo ważnym dziełem włącza się do debaty, która ma opisać świat w jakim przyszło nam żyć. Nie ma wątpliwości, że nowoczesność się skończyła. Jak nazwać i przedstawić epokę, jaka po niej nastąpiła? Ponowoczesność, późna nowoczesność, druga nowoczesność to tylko niektóre z propozycji wypełniających uczone dysputy. Bauman przedstawia własną propozycję, której trzon stanowi pojęcie płynnej nowoczesności. To epoka, w której stare, stałe formy organizacji życia zamknięte w takich pojęciach, jak państwo narodowe i sztywne hierarchie, owszem jeszcze istnieją, ale nie są w stanie przeciwstawić się globalnemu upłynnieniu struktur społecznych. Płyny bowiem nic sobie robią ze stałych przeszkód, „omijają przeszkody i zapory, rozpuszczają albo torują sobie drogę, przesiąkając przez nie lub drążąc je kropla po kropli.” Niestety, nie jesteśmy w stanie przewidzieć skutków tej erozji. Po latach pewności, że przyszłość istnieje i może być tylko lepsza, odkrywamy że życiu bliższy jest chaos niż porządek.

Zygmunt Bauman, Płynna nowoczesność, przekł. Tomasz Kunz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006 r., s. 341

Tekst pierwotnie opublikowany w "Polityce"
 
  Zygmunt Bauman, "Społeczeństwo w stanie oblężenia"

Ziemia jest kulą. Trzeba jednak genialnego umysłu, by z tak banalnego stwierdzenia wyciągnąć niebanalne wnioski. Immanuel Kant, niemiecki filozof żyjący 200 lat temu w Królewcu, niewątpliwy przy tym geniusz poddał kwestię kulistości Ziemi szczegółowej analizie. Doszedł do wniosku, że jeśli społeczeństwa będą się rozwijać, liczba ludzi rosnąć to w końcu zabraknie pustych przestrzeni. Powstanie społeczeństwo globalne i nastąpi „idealne ujednolicenie ludzkiego rodu poprzez wspólne obywatelstwo”.
Kantowska filozofia globalizacji jest punktem wyjścia dla Zygmunta Baumana, osiadłego w Wielkiej Brytanii polskiego socjologa w książce „Społeczeństwo w stanie oblężenia”. Przeraźliwie logiczna wizja Kanta zderza się u Baumana ze znacznie bardziej skomplikowaną i mniej logiczną rzeczywistością. Bo owszem, obserwujemy postępującą zgodnie z kantowską logiką unifikację sieci przepływów finansowych, inwestycji i kultury. Jednocześnie jednak w ciasnym, współczesnym świecie, granice chroniące przed przepływem ludzi zamiast zanikać, rosną. Upadł Mur Berliński, ale w jego miejsce powstały nowe mury oddzielające Stany Zjednoczone od Meksyku, Izrael od Palestyny, Unię Europejską od reszty barbarzyńskiego świata.
Nowe mury graniczne budowane wbrew logice są próbą ocalenia choćby fragmentów starego świata, który opierał się na przekonaniu, że można wymyślić racjonalny ład społeczny zapewniający przyzwoite życie, tj. takie, w którym kolejnym pokoleniom żyje się lepiej, niż ich rodzicom. Ale ten świat rozsypał się, trwałe z pozoru hierarchie upłynniły się, ludzie stają się samotnymi graczami – życie społeczne i osobiste zbiega się w poszczególnych jednostkach.
„Społeczeństwo w stanie oblężenia”, podobnie jak inne książki Baumana nie sposób zaliczyć do lektur optymistycznych. Socjolog diagnozuje zasadniczą zmianę w światowym, społecznym ładzie. Zbyt wcześnie jednak, by móc już opisać jaki nowy świat wyłoni się w rezultacie przemian. Z wieloma stwierdzeniami Baumana, zwłaszcza z drugiej części książki można, czy nawet należy się spierać. Co i tak nie zmieni podstawowego faktu, że Ziemia jest kulą.

Zygmunt Bauman, Społeczeństwo w stanie oblężenia, przeł. Janusz Margański, Sic!, W-wa 2006r. s. 283

Tekst pierwotnie publikowany w "Polityce"
 
27.4.06
  Michał Heller, "Podróże z filozofią w tle"
Profesor Michał Heller, ksiądz i uczony – kosmolog to niezwykły okaz na intelektualnym firmamencie, jeszcze bardziej błyszczy na tle polskiego stanu duchownego nie pałającego miłością do nauki. Hellera irytuje taka samowystarczalność przedstawicieli religii, podobnie jak irytuje go arogancja licznych uczonych uznających nieustająco religię „za opium dla mas”. Ponieważ w obu tych przestrzeniach ksiądz profesor czuje się jednakowo zadomowiony, jego rozważania na temat relacji między wiarą i wiedzą są szczególnie cenne. Jeszcze cenniejsza jest umiejętność pisania o jakże trudnych kwestiach w sposób czytelny i klarowny, choć oszustwem byłoby stwierdzenie, że łatwy.
Eseistyka Michała Hellera ma od lat licznych miłośników. Na pewno więc ucieszą ich kolejne, nowe publikacje tego autora. „Podróże z filozofią w tle” to dziennik rejestrujący refleksje z naukowych podróży. Pierwszy wpis pochodzi z 12 stycznia 1975 i opisuje spotkanie z kardynałem Karolem Wojtyłą, który umożliwił Hellerowi pierwszy wyjazd naukowy do Belgii. Później tych wyjazdów jest coraz więcej, na kartkach książki mieszają się wrażenia z podróży z uwagami natury naukowej. Wraz z kolejnymi wpisami zmienia się świat, jaki widać, ale jednocześnie widać, jak zmienia się sposób rozumienia Wszechświata wraz z kolejnymi odkryciami kosmologii. Płynąca ze sfery nauki zmiana percepcji rzeczywistości rykoszetem trafia w religię, zmuszając do podjęcia refleksji nad relacjami między przekazem wiary i faktami nauki. Heller, uczestnik tych debat, w tym jakże ważnej dotyczącej Galileusza, odsłania ich kulisy przedstawiając żywych, z krwi i kości ludzi. Heller potrafi być ironiczny i pełen poczucia humoru, jak w tej obserwacji z maja 1977 roku: „W Galleria degli Uffizi we Florencji znalazłem następujący napis, wyskrobany scyzorykiem na drzwiach toalety: <> (Descartes); <>(Voltaire); <>(Frank Sinatra). Nie jest jeszcze zupełnie źle z naszą epoką, jeżeli mamy umysły zdolne do takiej syntezy!”.

Michał Heller, Podróże z filozofią w tle, Znak, Kraków 2006 r.

Tekst jest fragmentem recenzji, jaka ukazała się w "Polityce"
 
26.4.06
  Richard Conniff, "Korporacyjne zwierzę"

Tylko kilka procent genów różni człowieka od szympansa. Ta niewielka odmienność decyduje, że ludzie dosyć istotnie odbiegają w swoich zachowaniach od najbliższych zwierzęcych krewniaków. Wspólne genetyczne dziedzictwo przypomina jednak, że człowiek, istota zdolna do tworzenia wyrafinowanej kultury jest ciągle częścią natury, istotą której zachowania warunkuje kondycja biologiczna. Ale właśnie: warunkuje, czy determinuje? Jak bardzo jesteśmy wolni i autonomiczni w swych działaniach, a jak bardzo kierują nami ślepe, nieuświadomione popędy?
Odpowiedzi na te pytania szukają dynamicznie rozwijające się dyscypliny badawcze, jak psychologia ewolucyjna, neuroekonomia i starsza nieco socjobiologia. Reprezentujący te dyscypliny uczeni traktują człowieka bezceremonialnie jak produkt biologicznej ewolucji. Co wynika z takiego ujęcia? Wystarczy zajrzeć do książki „Korporacyjne zwierzę” Richarda Conniffa (polski przekład ukazuje się zaledwie kilka miesięcy po premierze oryginału). Autor, znakomity pisarz-popularyzator ma już na koncie bestsellerową „Historię naturalną bogaczy”. Teraz za obszar badań i aplikacji teorii płynących z najnowszych nauk o człowieku Conniff obiera świat korporacji. Analizując mnóstwo realnych, swego czasu głośnych przypadków (np. skandale korupcyjne i machlojki finansowe w Enron i WorldCom), pisarz pokazuje, jak bardzo sposób zarządzania zespołami, tworzenie widzialnych i niewidocznych hierarchii (jak choćby kolejność zajmowania miejsc przy prezydialnym stole) przypominają reguły obowiązujące w świecie szympansów, goryli, pawianów.
Analogie między światem natury i biznesu są uderzające, ale też przypominają, że sukces w obu światach zależy od umiejętnego łączenia przeciwstawnych instynktów walki i kooperacji. Czasami człowiek, zwierzę racjonalne, gdy zbytnio uwierzy swemu rozumowi zapomina o tym i przegrywa w dżungli, której na imię rynek. Rozum jest jednak niezbędny, by poddawać kontroli, ciągle w człowieku drzemiące zwierzęce impulsy.

Richard Conniff, Korporacyjne zwierzę, przekł. Piotr Amsterdamski, CiS, Warszawa 2006, s. 432

Recenzja pierwotnie opublikowana w "Polityce"
 
  Mark Lilla, "Lekkomyślny umysł"

Prawdziwe zaangażowanie polityczne, podobnie jak filozoficzne myślenie nie są nic warte, jeśli nie stają się dla uprawiających je ludzi największą namiętnością. Namiętności te często wchodzą w kolizję, o czym przekonał się Platon podejmując trud wychowania tyrana Syrakuz. Klasycznym współczesnym studium fascynacji intelektualistów władzą i ludźmi władzy jest „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza z 1953 r. Poeta analizuje postawy czterech polskich pisarzy wobec nowej, totalitarnej władzy.
Mark Lilla profesor University of Chicago zainspirowany przez Miłosza podejmuje się niejako kontynuacji jego projektu. Efektem jest książka „Umysł lekkomyślny” poświęcona głośnym intelektualistom XX wieku, z prawej i lewej strony sceny ideowej, których namiętność myślenia doprowadziła do wejścia w relacje z polityką i władzą. Lilla rozpoczyna swój esej od prezentacji sylwetki Martina Heideggera. Jak wyjaśnić zaangażowanie wielkiego niemieckiego filozofia w sprawę nazizmu, systemu pod względem intelektualnym niezwykle prostackiego? Heidegger ze swoją pozycją nie musiał tego czynić. Nie musiał, ale chciał.
Podobnie Carl Schmitt, konserwatywny filozof polityki odkrywany dziś na nowo, w epoce Hitlera członek NSDAP. Dlaczego zaangażował się czynnie w poparcie dla ponurej tyranii?
Lilla znajduje wyjaśnienie, odwołując się do Platona: „Życie filozoficzne, jak je przedstawia Platon, nie jest buddyjskim samowyrzeczeniem – to kontrolowane życie erotyczne, które ma nadzieję dostąpić tego, czego nieświadomie szuka miłość: wiecznej prawdy, sprawiedliwości, piękna, mądrości”. Ale jak uczył Sokrates, miłość choć pragnie dobra może służyć złu, bo jako najsilniejsza z sił, potrafi wywołać szaleństwo i zaślepienie, nie bacząc na pozycję swojej ofiary.
Lilla, prezentując pokrętne fascynacje i niebezpieczne miłości europejskich intelektualistów nie zamierza ich bronić. Przeciwnie. Chce jedynie zrozumieć, bo wie że tyrania może się odrodzić w każdej chwili i w każdym miejscu. I jak zawsze, swój udział będą w tym mieli również zaślepieni miłością do zwyrodniałej władzy intelektualiści.

Mark Lilla, Lekkomyślny umysł, przekł. Janusz Margański, Prószyński i S-ka, Warszawa 2006 r., s. 178

Recenzja pierwotnie opublikowana w "Polityce"
 
26.3.06
  Pascal Boyer, "I człowiek stworzył bogów..."

Jakie potrzeby zaspokajają doroczne rytuały świętowania? Czy to wyraz wiary religijnej, ekspresja chrześcijańskiej kultury, przejaw narodowej tradycji, bezrefleksyjne powtarzanie społecznie przyjętego obyczaju? Próbę odpowiedzi znajdziemy w książce „I człowiek stworzył bogów...” Pascala Boyera. Francuski antropolog pracujący w Stanach Zjednoczonych podejmuje się w swym dziele ambitnego zadania, stawiając pytanie zasadnicze o źródła myślenia religijnego, właściwego wszystkim kulturom i cywilizacjom, niezależnie od stopnia ich rozwoju. Boyer dowodzi, że z punktu widzenia takich nauk, jak psychologia ewolucyjna, kognitywistyka, antropologia religię należy uznać za fenomen całkowicie naturalny. Naturalny w tym sensie, że formy myślenia religijnego, opartego często na łamiących podstawy racjonalnego myślenia paradoksach (cuda, nadnaturalne właściwości istot boskich) doskonale współgrają z bardzo złożonymi właściwościami umysłu, jakie rozwinęły się w toku biologicznej ewolucji. Naturalność religii nie oznacza jednak, że można ją wyjaśnić w prosty sposób, jak czasami przekonują popularne publikacje, wskazując obszar mózgu odpowiedzialny za wiarę lub poszukując genu wiary. Myślenie religijne, podobnie jak inne formy aktywności umysłowej prowadzące do rozwoju kultury, polityki spełnia ważne funkcje społeczne będąc jednym z najważniejszych mediów komunikacji społecznej. Wywodzące się z religii rytuały, często absurdalne dla twardych racjonalistów, antropologa nie są w stanie zaszokować, bo wie on, że człowiek jako istota społeczna tworzy niezwykle skomplikowaną sieć relacji wykorzystując do tego najróżniejsze media. Sam rozum nie wystarczy, żeby istniało społeczeństwo. W istocie Boyer w swoim wyjaśnieniu religii przeciwstawia się dwóm tradycjom. Naraża się osobom religijnym, pokazując że w wyjaśnianiu wiary nie trzeba odwoływać się do argumentów nadzwyczajnych. Naraża się również racjonalistom przekonanym, że religia to opium dla mas, swoisty skutek umysłowego zacofania, któremu sprostać może tylko rozwój nauki. Nic z tego, myślenie religijne jest o wiele bardziej naturalne, niż naukowe i stąd zapewne cieszy się większą popularnością. Nie warto jednak czytać książki Boyera w poszukiwaniu argumentów za lub przeciwko religii. To fascynująca opowieść o złożoności ludzkiego umysłu i niemniejszej złożoności relacji społecznych.

Pascal Boyer, I człowiek stworzył bogów..., tłum. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, Prószyński i S-ka, Warszawa 2005, s. 350

Recenzja pierwotnie opublikowana w "Polityce"

 
  Nicole Krauss, "Historia miłości"

Nicole Krauss, nowojorska pisarka o żydowskich korzeniach przebojem weszła na literacką scenę. Wraz ze swym mężem, lepiej znanym w Polsce Jonathanem Safranem Foerem zaliczana jest do najwybitniejszych amerykańskich pisarzy młodego pokolenia, a dowodem tego uznania są już wypłacone przez wydawców potężne zaliczki na poczet kolejnych książek. Bo i rzeczywiście, „Historia miłości” dowodzi, że w Krauss warto inwestować. Początek książki przypomina klimatem późne powieści Izaaka Bashevisa Singera. Czytelnik poznaje kluczowego bohatera, osiemdziesięcioletniego Leopolda Gursky’ego zmagającego się z codziennością samotnej starości. Już jednak w drugim rozdziale autorka przedstawia Almę Singer, młodą dziewczynę, która poświęca się rozwikłaniu zagadki tajemniczej książki, o tytule „Historia miłości” właśnie. Alma czuje, że w tajemnicy tej kryje się tajemnica jej losu. I tak w kolejnych rozdziałach rozwijają się dwie główne historie: historia prawdziwej miłości dwudziestoletniego Gursky’ego (czyli Górskiego, Żyda z Polski) do dziewczyny imieniem Alma. Miłość ta wydała dwa owoce, książkę i dziecko, urodzone już w Ameryce. Losy wszystkich bohaterów, przerwane przez kataklizm Holokaustu rozsypują się jak kopnięta układanka puzzle. Czy uda się przywrócić obraz całości? Poziom zawiłości wzajemnych odniesień i zapętleń akcji przypomina labiryntową prozę Borgesa. Krauss jednak brawurowo prowadzi narrację, do ostatnich stron zaskakując czytelnika. Rzuca na stół kolejne cząstki układanki, misję jej wypełnienia powierzając Almie. Bohaterowie, postaci barwne i pełne wypełniają życiem przestrzeń powieści. „Historia miłości” jest dziełem uniwersalnym, osadzonym jednak mocno w żydowskiej historii, doświadczeniu i losie. Ale czyż właśnie to doświadczenie mówiące, że historia się nie skończyła, że każde pokolenie musi wyglądać Mesjasza nie jest doświadczeniem uniwersalnym? I czyż jedyną skuteczną odpowiedzią człowieka na obezwładniającą potęgę historii nie jest miłość, a właściwie żmudny i bolesny proces jej odkrywania i odzyskiwania?

Nicole Krauss, Historia miłości, przekł. Katarzyna Malita, wyd. Świat Książki, W-wa 2006 r., s. 320

Recenzja pierwotnie opublikowana w "Polityce"
 
20.3.06
  Conversations with Manuel Castells


Rozmowy z Castellsem są ważnym uzupełnieniem jego głównych tekstów. Niestety, książka nie jest szczytem osiągnięć dziennikarskich. Martin Ince nie sprawia się najlepiej, a sam Castells jest szczególnym i trudnym rozmówcą (czego można domyślić się czytając jego prace). Pytania Ince'a czasami są dłuższe od odpowiedzi socjologa. Ostatnie refleksje i odpowiedzi odnoszą się do okresu z roku 2002, kiedy już było widać, że wojna z Irakiem jest raczej nieunikniona. Castells dosyć dobrze przewiduje, to co rzeczywiście później się stało. Olbrzymią zaletą lektury "Rozmów" jest to, że Castells skupia się na dwóch aspektach swojej teorii społeczeństwa sieciowego. Na roli technologii i jednoczesnym wzroście znaczenia tożsamości w zglobalizowanym za sprawą technologii świecie. Doskonale umiejscawia w swoich koncepcjach fenomen religijności, która jest dla niego raczej normą (i w tym kontekście to zsekularyzowana Europa jest raczej wyjątkiem, a nie mocno religijne USA). Castells rozbija też kilka mitów kultywowanych przez neoliberalnych doktrynerów, wskazując na rolę państwa opiekuńczego w rozwoju Hong Kongu, Singapuru, a najważniejsze, Finlandii. Nie ma sprzeczności między innowacyjnością a modelem socjalnym państwa. Analiza przypadku fińskiego jest bardzo inspirująca (podobnie jak negatywne doświadczenie Japonii ostatnich lat).

Conversations with Manuel Castells, Manuel Castells and Martin Ince, Polity, Oxford 2003
 
  Ph. Macnaghten, J. Urry, "Alternatywne przyrody"


Nie ma nic mniej naturalnego, niż pojęcie przyrody. Sposób postrzegania środowiska naturalnego, wrażliwość na krajobraz, na przestrzeń, poczucie czasu są społecznymi konstrukcjami. Warunkują je nie tylko kultura, ale formy organizacji życia społecznego, technologia, poziom edukacji. Dyskurs ekologiczny zmienia się nieustannie, dziś wkroczył w etap szczególny: żyjemy w globalnym społeczeństwie ryzyka. Świadomość zagrożeń przekraczających skalą możliwości zarządcze pojedynczych państw i społeczeństw jest nową sytuacją. Wymaga nowych strategii działania (przykład skutecznego protestu przeciwko zatopieniu platformy wydobywczje koncernu Shell. Z jednej strony pojawił się nowy globalny gracz na scenie ekologicznej, Greenpeace potrafiący zmobilizować podobne zasoby medialne i komunikacyjne jak korporacje, by działać na opinię. Pojawiła się też nowa opinia publiczna, zdolna do działania poprzez bojkot konsumencki. To właśnie porażająca siła tego bojkotu zmusiła Shell do zweryfikowania planów). Autorzy odrzucają zarówno środowiskowy realizm, jak idealizm. Proponują podejście konstruktywistyczne, w którym jest miejsce na wiele równoległych i konkurencyjnych dyskursów. Działanie polityczne i społeczne jest wypadkową nieustannego procesu negocjacji znaczeń, społecznego odczuwania ryzyka, etc. Książka ważna, choć śmiertelnie nudna, pełna naukowych przypisów (co dodaje dokumentalnej ważności), głównie opiera się na brytyjskiej empirii.

Phil Macnaghten, John Urry, Alternatywne przyrody, przekł. Bogdan Baran, Scholar, W-wa 2005 r.

 
  Jean Baudrillard, "Wojny w Zatoce nie było"


Nie-wojna jest brakiem polityki prowadzonym innymi środkami...Baudrillard parafrazuje słynną definicję wojny von Clausewitza. Ale Clausewitz żył jeszcze w czasie "realnym", nam przyszło żyć w epoce hiperrzeczywistej. Francuski filozof przygląda się rozwojowi wydarzeń po ataku Iraku na Kuwejt, co prowadzi do pierwszego poważnego konfliktu postzimnowojennego. Konflikt ten, z samą operacją zbrojną rozgrywa się w dwóch przestrzeniach. W rzeczywistej, choć paradoksalnie nierealnej (bo nie ma do niej dostępu widz), gdzie giną i cierpią ludzie oraz medialnej, będącej jedyną dostępną rzeczywistością. W tym więc sensie wojna w Zatoce się nie odbywa, bo analiza mediów pokazuje, że w istocie z wojną w 1991 r. nie mieliśmy do czynienia, a co najwyżej z szeregiem chirurgicznych zabiegów. Interwencja nie osiągnęła żadnego z Clausewitzowskich celów, bo Amerykanie nie zajęli wówczas Iraku, Saddam pozostał przy władzy, a jego armia nie złożyła broni. W tym sensie wojna w Zatoce była nie-wydarzeniem, miała znamiona starannie wyreżyserowanego spektaklu. Podobnie jednak działo się i później, podczas bombardowań Serbii w związku z Kosowem, podobna wirtualność i bezwydarzeniowość. Na ile sytuacja zmieniła się w 2003 r., podczas "prawdziwej" wojny, z prawdziwymi clausewitzowskimi zadaniami? Pojawił się nowy obserwator wydarzeń, nowe media, które zniweczyły wiele wysiłków reżyserów medialnych spektakli. W nowych mediach, podobnie jak w samym Iraku sytuacja często wymyka się spod kontroli. Baudrillard jednak nie zajmuje się nowymi mediami (w tej książce nawet nie miałby możliwości, jest ona jeszcze z definicji przedinternetowa), jest krytykiem cywilizacji telewizyjnej.

Jean Baudrillard, Wojny w Zatoce nie było, przekł. Sławomir Królak, SiC!, W-wa 2006 r.

 
18.3.06
  Leszek Olszański, "Dziennikarstwo internetowe"


Pierwsza tego typu książka na polskim rynku (polskiego autora), pierwsza bodaj publikacja nowej oficyny Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne (spółka-córka WSiP). Dziennikarstwo internetowe, zjawisko zyskujące na całym świecie coraz bardziej na popularności, od wielkich serwisów, jak koreański OhMyNews działający zgodnie z zasadą "Every Citizen Is A Reporter" (każdy obywatel jest reporterem) po blogi profesjonalnych dziennikarzy i komentatorów-amatorów. Nowe i fascynujące zjawiska solo journalismu, blogingu, vblogingu, podcastingu, etc. Technologia zmienia świat mediów. Zaletą książki Olszańskiego, dziennikarza "Gazety Wyborczej" jest nie tylko, że przedstawia aktualny opis rzeczywistości, ale i pomaga samemu w niej aktywnie się znaleźć. Całe mnóstwo konkretnych porad dotyczących zaprojektowania własnego bloga, strony, ich marketingowego wsparcia - to bezcenne wskazówki dla każdego, kto chce zostać dziennikarzem lub przynjamniej skorzystać w pełni z możliwości ekspresji, jakie stwarza internet.

Leszek Olszański, Dziennikarstwo internetowe, WAiP, W-wa 2006

 
17.3.06
  Wojciech Wanat, "Rok w Monarze"


Czytałem tę książkę z dużymi emocjami. Studiowałem razem z Wojtkiem chemię na Uniwersytecie Warszawskim, a od czasu studiów nie miałem z nim kontaktu. Książka wypełnia tę lukę w dość dramatyczny sposób. Bo człowiek, którego pamiętałem sprzed kilkunastu lat w trakcie lektury zaczyna się rozsypywać, na łamach pojawia się zupełnie inna osoba, przechodząca proces destrukcji wywołanej uzależnieniem. Podejmuje jednak wysiłek powrotu do życia, stąd decyzja wyjazdu do Głoskowa, do ośrodka Monaru. I tu, podczas rocznego pobytu następuje proces rekonstrukcji człowieka. Z każdą stroną książki, z każdym dniem procesu bezbarwna figura przekształca się w osobę, bardzo już podobną do tej, jaką znałem. Książka Wojtka jest również bezcennym dokumentem socjologicznym, ilustrującym tworzenie się skomplikowanych mechanizmów w szczególnym przecież środowisku, jakim są pensjonariusze ośrodka odwykowego. Ale czy w innych środowiskach jest inaczej: układy, cwaniactwo, kombinowanie znamy z wielu miejsc. Ważniejsze jest pytanie, czy można tak zaprojektować system, by indywidualne, destrukcyjne często skłonności nie rozbiły społeczności. Bo to właśnie książka o relacjach między jednostkami (jakże często pokręconymi), a jak najbardziej realną społecznością. Z książki Wojtka dowiadujemy się, jak często brutalna jest walka o powrót do życia. Warto ją jednak podjąć, a książka powinna zainteresować wszystkich, bo narkoman to ten, kto ma bałagan w życiu. By nim być, nie trzeba wcale ćpać.

Wojciech Wanat, Rok w Monarze, Iskry, W-wa 2006

 
Czytelnia - świat moich lektur. Recenzje, uwagi, komentarze.

Moje zdjęcie
Nazwa:
Lokalizacja: Warszawa, Polska

Jestem dziennikarzem, publicystą i pisarzem, pracuję w tygodniku „Polityka”. Opublikowałem dwie książki: "Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności", W.A.B. 2002 r. oraz "Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci", W.A.B 2004 r. Wykładam w Collegium Civitas, w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej oraz Centrum Nauk Społecznych PAN.